Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

 

MSZE ŚWIĘTE:

Niedziela:

7.00, 9.00, 11.00, 17.00, 20.00

Dni powszednie:

6.30, 18.00


 Kaplica

Biały Dunajec Górny

9.00 (niedziela), 8.00 (piątek)

 


 

 Środa - 18.00

Nowenna do

MB Nieustającej Pomocy

 


 

Piątek - 18.00

Koronka

do Bożego Miłosierdzia

 


 

 Relikwie św. Rity

w naszym kościele

 

 

 

 

Andrzej Skupień - Florek      

WIELEBNY KSIĘŻE DZIEKANIE

Jak orzeł wyfurknoneś z ludźmiyrskiego gniozda

w Zawojom, Mogilany, a potem w Skawine

i nazod zwyrtnoneś sie w góralskom dziedzine,

by ostać w Poroninie, Parafii Gazdom.

Tuś gazdom i gazdujes dwaścia jedyn roków ?

cięzor Ci pracy głowe siwiznom przyprusył,

wilk się moze nie jedyn do owcami wburzył

głodny, przygnany mrozem z urwisk i potoków.

Dzisiok we Twoje święto - Twojego imienia

wroz z ludziami wcem uczcić Twój zywot bogaty ?

z całej duse serdecne składom Ci zycenia:

Niekze Ci nie poskąpi Bóg godnej zapłaty ?

niek do Ci zdrowie, krzepe, niek wse błogosławi,

Byś długo, jaknojdłuzej - bacował nom dalej !

24 czerwca 1964 r.

Według książki Andrzeja Skupnia - Florka p.t. ,,0 Tatry wy moje" oprac. Janina i Franciszek Sichelscy (Biały Dunajec)

 

Ludwika Walkosz      

32 LATA NA PLEBANII

Mój ojciec, Józef Walkosz ze Suchego od lat był związany z plebanią w Poroninie. Był członkiem Komitetu Parafialnego. Jego koń, powóz i on sam byli zawsze do dyspozycji Proboszcza. Trzeba było odwieźć księdza wikarego choćby do Chochołowa (PKS-ów wtedy nie było), czy Ks. Proboszcza do Zakopane - posyłano z plebanii po mojego tatę. Pamiętam kolędy tamtych dawnych czasów. Na podwórze plebańskie zajeżdżały zaprzęgnięte w konie sanie towarowe (włóki z gnatkami), z plebanii wychodził ksiądz, siadał z organistą i kościelnym do sanek zwykłych, zaprzężonych w parę dobrych koni i cała kawalkada ruszała w drogę. Codziennie inną, zapowiedzianą uprzednio trasą. Mój Tata też był zawsze wśród kolędników z koniem i saniami. Była zima, dzwonki i turliki dzwoniły, śnieg skrzypiał pod płozami sań, wszyscy wiedzieli, że jedzie kolęda. Ludzie w dawnych czasach pieniędzy wiele nie mieli, dlatego też swoją dań na rzecz kościoła dawali przeważnie w owsie - kto ile mógł. Dwa wiadra dla księży, po jednym dla organisty i kościelnego, kilka wiader owsa otrzymywali ci, co z kolędą jeździli. Kilka razy wyprosiłam u Taty, aby mnie zabrał ze sobą na kolędę, gdy jechali po Poroninie i Suchem. Kiedy cała kolejka sań zajeżdżała pod dom, a furmani huknęli pełnymi głosami "Wśród nocnej ciszy ..." to mi ciarki po plecach przechodziły. Bywałam też często na Plebanii, kiedy mnie ojciec tam z czymś posłał. Lubiłam tam chodzić, bo było tam inaczej niż w naszej chałupie w Suchem. Zawsze zostałam czymś poczęstowana, zawsze mieli dla mnie dobre słowo. Ja też chętnie robiłam to, co mi kazali.

Pewnego dnia przyszła do nas do Suchego gosposia z plebanii, pani Maria Wiktor. Odeszła z pracy pomoc kuchenna i pani Wiktor prosiła moich rodziców, aby się zgodzili posłać mnie choćby na dwa tygodnie do pomocy na plebanię. Rodzice wyrazili zgodę, a i ja byłam z tego bardzo zadowolona.

Lubiłam panią Wiktor, bo zawsze była dla mnie jak matka. Z tych dwóch tygodni zrobiło się półtora roku. Przyszło nieszczęście - pani Maria poważnie zachorowała i zmarła. Zostałyśmy same z Bronią z Wożnik, która tam już przede mną pracowała. W międzyczasie zaczęła pracować na plebanii młodsza ode mnie Władzia. Kiedy jednak Bronia wyszła za mąż, zostałyśmy z Władzią same, we dwie.

Ksiądz proboszcz Krupiński znalazł się w trudnej sytuacji, bo plebania została niemal bez gospodyni. A trzeba było zapewnić księżom dom i najpotrzebniejsze chociażby posługi, w sytuacji, kiedy we wszystkich pokojach były tylko piece, a wodę trzeba było nosić ze studni w podwórzu. Do tego była gospodarka - 4 krowy, zawsze coś w chlewie i do 100 sztuk drobiu. Ja też byłam w rozterce, co robić? Ksiądz Proboszcz powiedział, że bardzo by się cieszył, gdybym została na miejsce gospodyni, ale nie chce zawiązywać mi życia, które dopiero zaczynam. Bałam się tej pracy i związanych z nią obowiązków, ale zdecydowałam się zostać na jakiś czas, na próbę. Tymczasem i Władzia namyślała wyjść za mąż. Jej ślub odbył się w poroniańskim kościele, a przyjęcie weselne Ks. Proboszcz zorganizował na plebanii. W międzyczasie doszła do pomocy Helcia ze Suchego - dalsza krewna ks. Krupińskiego.

Plebania za księdza Krupińskiego była zawsze otwarta dla ludzi. W czasie wakacji proboszcz zapraszał do siebie młodzież szkolną, która uczyła się w miastach, a przyjeżdżała do Poronina na wakacje. Zawsze polecał mi przygotować na te spotkania jakiś skromny poczęstunek.

Do plebanii należało parę kawałków pola, wykorzystywanych przeważnie na siano. Ksiądz proboszcz wynajmował kosiarzy, ale z sianem robiliśmy sami. Nie raz i Wikarzy i sam Proboszcz chwytali za grabie, układali kopy, grabili. Pomagali też i księża - rodacy, kiedy byli w Poroninie u swych rodzin. Bywało, że Ks. Proboszcz wysyłał nas wszystkie do siana, a sam zostawał, aby ugotować obiad. Był rad, gdyśmy chwalili jego jedzenie.

Doroczne odpusty w święto Marii Magdaleny i okresowe misje, to było urwanie głowy w plebańskiej kuchni, bo wielu księży przyjeżdżało z innych parafii. Musiałyśmy dopraszać dodatkową pomoc.

Wielkim świętem dla parafii i dla księdza Proboszcza osobiście były prymicje księży rodaków pochodzących z poronińskiej parafii. Było ich w okresie proboszczowania ks. Krupińskiego dziewięciu. Ponadto dwóch wikarych, którzy współpracowali z ks. Krupińskim jako jego pomocnicy, doszło do godności Biskupów: ks. Bp. Stanisław Ryłko i ks. Abp. Marian Jaworski.

Niecodziennym wydarzeniem były prymicje dwóch księży - rodaków na raz księdza Stanisława Czernika i księdza Jana Orawca, poprzedzone ich wyświęceniem na kapłanów przez Kardynała Karola Wojtyłę, również w kościele w Poroninie. Było to szczególne wyróżnienie - ks. Krupiński zbierał owoce swej pracy duszpasterskiej.

Z osób starszych i z młodzieży organizował żywy Różaniec. Codziennie inna Róża była w kościele, podobnie co sobotę inna Róża dokładnie sprzątała i myła wnętrze kościoła. Przez cały październik były nabożeństwa różańcowe, a w niedziele procesje prowadzone również przez księży zaproszonych z innych parafii. Dla uczczenia Matki Bożej Fatimskiej odbywały się uroczystości z procesjami ze świecami.

Z pielgrzymki do Lourdes Ks. Krupiński przywiózł każdej zelatorce figurki Matki Bożej z wodą z cudownego źródła. Pierwsze piątki miesiąca i Nabożeństwa Maryjne były szczególnie uroczyste. Już w czwartki po południu Ks. Proboszcz organizował godziny święte w kościele, jako przygotowanie do pierwszego w miesiącu piątku, aby każdy mógł się wyspowiadać.

Ta długoletnia, wytężona praca dla dobra parafii musiała wpłynąć na stan zdrowia ks. Prałata Krupińskiego. Zaczęły się niedomagania zdrowotne, a tu tyle było jeszcze do zrobienia. Kiedy uznał, że nie może już dalej gwarantować należytego kierowania parafią, pojechał do Krakowa i przedstawił Ks. kardynałowi Wojtyle swoją rezygnację z urzędu Proboszcza parafii w Poroninie. Ks. Kardynał z pełnym zrozumieniem rezygnację przyjął i na probostwo poronińskie został skierowany ksiądz młodszy.

Ks. Prałat Krupiński jako emeryt - rezydent nadal mieszkał na plebanii w tych pomieszczeniach, co dotychczas. Obsługiwałam Go, przychodząc o 6 -ej rano na plebanię. O godz. szóstej trzydzieści lub o siódmej odprawiał Msze św. i pomagał, gdy była potrzeba, w sprawach parafialnych. Tak było przez 10 lat. W dniach, kiedy stan zdrowia się pogarszał, księża przynosili Mu komunię św. do mieszkania. Jednego dnia upadł w łazience i bardzo się potłukł. To jeszcze pogorszyło stan jego zdrowia, zdecydował się przyjąć ostatnie namaszczenie. Stałą opiekę lekarską nad Nim sprawowały panie dr Mrugałowa i dr Janina Łukaszczyk z przychodni w Poroninie. W ostatnich dniach Jego życia przybył z Ludźmierza brat księdza Prałata - Stanisław wraz z żoną. Pozostali z Nim do końca.

Dnia 2 lutego 1988 r. rano, jak co dzień, przyjął komunię i odmówił modlitwę. Potem zapytał cicho: - Co to za dzień? - Matki Boskiej Gromnicznej odpowiedziałam. Uśmiechnął się, cała twarz rozpromieniła się w uśmiechu. Ja pojęłam, że ta radość to z tego, że Matka, której adoracji poświęcał tyle starań, sama przynosi Mu gromnicę. Tak przeszedł dzień, potem noc. Rano robił wrażenie śpiącego, ale oddech był bardzo słaby. Około szóstej po południu, widząc, że już odchodzi, podaliśmy Mu gromnicę do ręki. Oddech Jego słabł, aż ustał zupełnie. Ksiądz Prałat Jan Krupiński zmarł.

 

 

Stanisław Kűhn      

Z LAT OKUPACJI

Przyjechałem do Poronina jako młody człowiek szukając pracy po przerwaniu studiów z przyczyn materialnych. Znałem zegarmistrzostwo i mechanikę precyzyjną. Tu poznałem młodą dentystkę Halinę Sokolnicką, dla której Poronin był też pierwszym miejscem pracy po studiach. Pobraliśmy się i odtąd już wspólnie dzieliliśmy losy Poronina dobre i złe.

Wybuchła wojna, potem przyszły lata okupacji hitlerowskiej. Mnożyły się aresztowania, gestapo rozstrzeliwało ludzi na cmentarzach mnożąc terror. Na Podhale zaczęli napływać ludzie wysiedleni z Wielkopolski i Pomorza, które przyłączono do Rzeszy. Im było jeszcze trudniej niż miejscowym. Ówczesny proboszcz, ks. Jakub Możdżeń, na kazaniach nawoływał wiernych, aby udzielali wysiedlonym pomocy - ile kto może. Księdza Proboszcza też nachodzili gestapowcy i policjanci licząc chyba, że się na plebanii obłowią. Na początku 1943 roku Ksiądz Możdzeń zmarł, a na jego miejsce, najpierw na administratora, a później proboszcza parafii został przez Kurię skierowany Ks. Jan Krupa. Z miejsca włączył się On do pracy w Delegaturze Rady Głównej Opiekuńczej, która już od dwóch lat działała w Poroninie, niosąc pomoc wysiedlonym i najuboższym mieszkańcom wsi. Przewodniczył wtedy Delegaturze pan Wojciech Orawiec. Byłem również w niej, ale oprócz mnie już nikt z członków delegatury nie żyje, a mnie pamięć do nazwisk zawodzi. Dzięki wydatnej pomocy Ks. Krupińskiego i jego apelom na kazaniach, zbiórki żywności dawały dobre rezultaty. Udostępnił On piwnicę plebańską do składowania zebranych ziemniaków, skąd je następnie rozdzielano. Wykonując zlecenia Księcia Metropolity Sapiehy, jedną "tacę" w miesiącu proboszcz przekazywał na rzecz RGO.

Po Powstaniu Warszawskim zwiększyła się liczba podopiecznych RGO o tych, którzy zostali wysiedleni a Warszawy. Rozpoczęło się tajne nauczanie, z którego po wypędzeniu Niemców powstało Społeczne Gimnazjum i Liceum w Poroninie. Miało ono status placówki samorządowej Dyrektorował w nim Ks. Józef Prorok, religii uczył Ks. Krupiński, również i ja dzieliłem się swoją wiedzą jako były student Politechniki. Placówka ta stale cierpiała na brak środków, organizowaliśmy więc dochodowe zabawy w sali u p. Piotra Kupca i w baraku, który stał obok dworca kolejowego na kościelnej parceli, udostępnionym przez Ks. Krupińskiego.

W pamięci mojej pozostała jeszcze sprawa ratowania dzwonów z poronińskiego kościoła. Chociaż wiąże się ona początkowo z osobą Ks. Jakuba Możdżenia, doprowadził ją do pomyślnego końca Ks. Jan Krupiński W wydanej drukiem w 1997 r. Kronice Parafii Poronińskiej, na str. 211 - 212, Ks. Krupiński pisze o zasługach swego poprzednika w tej sprawie, podkreślając, że "mobilizowanie serc parafian do modlitwy i ofiarnej obrony dzwonów to jest cicha działalność duszpasterza ks. kan. Jakuba Możdżenia ". Minima1izuje się tu rolę p. Ferdynanda Anweilera (w kronice jest błąd w nazwisku) - emerytowanego kapitana marynarki wojennej. Niewątpliwie modlitwy parafian miały duże znaczenie, jednak nie dla Niemców. Na pewno dzięki nim nie doszło do "ofiarnej obrony" dzwonów przed okupantem z przelewem krwi, jednak poczucie sprawiedliwości nakazuje prawidłowo rozłożyć proporcje.

Rodzina Anweilerów - ojciec, matka i syn Robert z żoną i dzieckiem przyjechali do Poronina z Wielkopolski lub z Pomorza, nie pamiętam już kiedy. Ojciec był emerytem, syn lekarzem potrzebnym w Poroninie. Ferdynand Anweiler znał świetnie język niemiecki, szkoły też kończył przed uzyskaniem niepodległości, więc znał niemiecką mentalność. Dlatego też Proboszcz, po otrzymaniu urzędowego nakazu zdjęcia dzwonów z wieży i odwiezienia ich do wskazanej zbiornicy złomu metali kolorowych, zwrócił się do p. Anweilera o radę, co robić. Niewykonanie nakazu groziło Proboszczowi surowymi konsekwencjami, trzeba było znaleźć inną drogę ratowania dzwonów. Pan Anweiler przygotował memoriał do odnośnych władz wskazując, że poronińskie dzwony są wytworem niemieckiego kunsztu ludwisarskiego i jako takie powinny być zaliczone do zabytków niemieckiej kultury. Argument stanowiły dostarczone przez Proboszcza dokumenty i rachunki, z których wynikało, że dzwony wykonano w odlewni Stoczni Gdańskiej, a wiec wykonawcami byli Niemcy.

Biurokracja niemiecka zaczęła sprawę rozpatrywać, p. Anweiler umiejętnie ja rozwlekał w czasie "argumentami" dostarczanymi przez jednego, a potem drugiego Proboszcza, aż przyszedł czas klęsk niemieckich i okupant miał ważniejsze problemy niż jakieś tam dzwony.

Delegatura RGO została w 1945 r. rozwiązana, zaś z Ks. Krupińskim współpracowaliśmy nadal w Gimnazjum i Liceum do czasu, gdy i ono zostało rozwiązane.Pozostaliśmy przyjaciółmi do ostatnich Jego dni.

 

 

Franciszek Łojas-Kośla      

KSIĄDZ PRAŁAT KRUPIŃSKI - jakiego zapamiętałem

W połowie lat pięćdziesiątych, przez długi okres czasu, służyłem do mszy św. odprawianych w języku łacińskim i w tymże języku należało znać ministranturę. Jedynie płynna znajomość owej ministrantury dawała możliwość usługiwania do codziennych Mszy Świętych księdzu Proboszczowi, który był pod tym względem wyjątkowo wymagający. Zawsze po nabożeństwach rozmawiał z parafianami wylegającymi gromadnie z kościoła. Górował nad nimi swoistą urodą i piękną, smukłą postawą człowieka i kapłana. Całowali Jego ręce. On zaś z ojcowską czułością dłońmi gładził ich twarze, przygarniał do siebie dzieląc się dobrym słowem i promiennym uśmiechem. W okresie Godnich Świąt chodząc z Nim po kolędzie, zauważyłem, jak wszyscy otwierali swoje domostwa i serca wybiegając Mu naprzeciw.. Prowadził rozmowę z każdym domownikiem, troskliwie wnikał w ich życie, dzieciom rozdawał cukierki. Nie brał datków od biednych, wielodzietnych rodzin. Często pomagał potrzebującym hojnością ręki i serca. Wezwany niegdyś do mojej umierającej Babki pocałował ją w rękę i powiedział do niej: "Od Was uczyć się głębi wiary i świętości życia".

Poczuwając się do pokrewieństwa ze mną, wielebny Ks. Prałat powiadał ,,Franiu, moja mama była z Koślów", a mnie rozpierała radość, której nie umiałem wyrazić słowami. Niejednokrotnie nawiedzał nasz dom rodzinny. Każda Jego niezapowiedziana wizyta u nas była wielkim wydarzeniem i zaszczytem dla naszego domu.

Poronianie każde imieniny ks. Krupińskiego uświetniali muzyką góralską, deklamacją wierszy, skeczami, tańcami i śpiewem. Wszystko to świadczyło o bezgranicznym umiłowaniu swojego Pasterza. Sam będąc rodowitym góralem ze szczególna wrażliwością i wzruszeniem przyjmował dary serc od swoich Parafian.

Oto jeden z okolicznościowych wierszy:

Z pełności uczucia i jego natchnienia

chcąc złożyć życzenia, co w głębi serc naszych tkwi

składamy Ci, Księże w dniu Twego imienia

hołd naszej miłości, wdzięczności i czci ?

Więc przyjmij przynajmniej te szczere życzenia

w osłodzie ciernistych Twych dróg,

bo za Twe trudy, troski i zmartwienia

nagrodzić Ci może jedynie sam Bóg.

(deklamowała Helena Łojas)

W roku 1963 wziąłem udział w koronacji M.B. Ludźmierskiej. Proboszcz uczył nas (wszystkie stany) pieśni i wierszy maryjnych. W Ludźmierzu niósł koronę dla przyszłej Królowej Podhala.

Pod koniec lat 60-tych napisal do mnie te słowa: ,,Franiu, Ty, który tak cichutko siedzisz na Tatrzańskiej, przyjdź, proszę na plebanię, porozmawiamy o Synodzie. Z serca błogosławię. Jan Krupiński".

Otwarcia Synodu Archidiecezjalnego dokonał wówczas arcybiskup Karol Wojtyła w katedrze na Wawelu. Do Krakowa udała się czteroosobowa delegacja w składzie: Proboszcz ks. Jan Krupiński, Andrzej Skupień - Florek, Kazimierz Kuźma i moja skromna osoba.

Ksiądz Jan Krupiński prawdziwy kapłan, wielkiego formatu, Człowiek o nieprzeciętnych cechach osobowości: mądrości, dobroci i powagi. Pomimo nieraz znacznych odległości nie trudno mu było iść do domu zmarłego i odprowadzić go na miejsce wiecznego spoczynku.

Doskonale pamiętam dzień, w którym spotkałem Proboszcza zmierzającego swoim zwyczajem na cmentarz. Wziął mnie pod rękę i zaprowadził ku bramie cmentarnej, na której umieścił napis: "Czy sądzisz, że ci umarli ludzie znowu żyć będą". (Job 14). Po czym zapytał mnie: "Co myślisz o tejże treści ?" Z głębokim przekonaniem odrzekłem: "Tak, Księże, To prawda. ŻYĆ BĘDĄ !" "Cieszę się, że podobnie myślimy? - odparł z zadowoleniem.